Namysłów: Druga odsłona dobrego kina

Już po raz drugi Namysłów gościł „kawałek” wrocławskiego Festiwalu Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa. – Spotkania filmowe, które organizujemy, są bardzo twórcze, zostawiają ważny ślad – mówi burmistrz Julian Kruszyński.

Jak to się zaczęło? Pewnego dnia do burmistrza Namysłowa trafił mail od Stanisława Dzierniejki – faceta, który sam o sobie mówi, że „bez filmu nie wyobraża sobie życia”. Burmistrz na korespondencję z propozycją współpracy odpowiedział. Zaprosił Stanisława Dzierniejkę do Namysłowa. Porozmawiali o filmach, o organizowanym we Wrocławiu Festiwalu Aktorstwa Filmowego, o Tadeuszu Szymkowie – przedwcześnie zmarłym aktorze, namysłowianinie, który patronuje FAF-owi. Dogadali się prawie błyskawicznie.

Pamiętają o Tadeuszu

– Stało się więcej niż dobrze, że tamta rozmowa burmistrza Juliana Kruszyńskiego i dyrektora Stanisława Dzierniejki zakończyła się porozumieniem. Dzięki temu w tym roku po raz drugi mamy namysłowską odsłonę wrocławskiego Festiwalu Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa. Zresztą zainspirowani tą imprezą stworzyliśmy także Namysłowskie Spotkania Filmowe, których pierwsza edycja odbyła się wiosną tego roku. Były pokazy filmowe, spotkania z twórcami, warsztaty gry aktorskiej. A mamy już dość dokładne plany na kolejne spotkanie wiosną 2017 roku – mówi Marcin Piekarek, dyrektor Namysłowskiego Ośrodka Kultury.

W tym roku Festiwal Aktorstwa Filmowego odbywał się we Wrocławiu po raz piąty. Festiwal jest hołdem przyjaciół dla Tadeusza Szymkowa, który przez lata był związany z Teatrem Polskim we Wrocławiu. Zmarł w styczniu 2009 roku w wieku 50 lat.

– Tadeusz pochodził z Namysłowa, często wspominał to miasto, więc nie wyobrażałem sobie, żeby festiwal nie odbywał się również w jego rodzinnym mieście – mówi Stanisław Dzierniejko, przyjaciel Szymkowa. – Cieszę się, że władze Namysłowa tak chętnie podjęły współpracę przy organizacji tego wydarzenia. I że namysłowianie pielęgnują pamięć o Tadeuszu.

Brydżystka od Myszkina

Namysłowski dzień FAF-u był w tym roku w niedzielę, 23 października. Zainaugurowało go w Izbie Regionalnej spotkanie z Renatą Dancewicz, aktorką znaną chociażby z „Pułkownika Kwiatkowskiego”, „Ekstradycji” czy telewizyjnym oglądaczom z serialu „Na Wspólnej”. Aktorka pojawiła się w Namysłowie z Myszkinem. Ów szczekający „książę”, jak mówiła aktorka, to kundelek znajda, porzucony w okolicy Białobrzegów, który zamieszkał w jej domu późną wiosną tego roku. Myszkin tak się przywiązał do swojej pani, że towarzyszy jej na pokazach filmowych, pojawia się na planie „Na Wspólnej”, chodzi na koncerty… Nie mogło go więc zabraknąć także w Namysłowie.

Podczas spotkania z licznie zgromadzonymi miłośnikami filmu Renata Dancewicz opowiadała o swojej ciut skomplikowanej drodze do aktorstwa (wyrzucona po drugim roku łódzkiej filmówki postanowiła udowodnić, że jednak będzie aktorką). Nie zabrakło opowieści o miłości do kart (w oczko nauczyła ją grać babcia, kiedy miała sześć lat), a szczególnie do brydża. – Brydż zawsze mnie intrygował, chociażby podczas lektury książek Agathy Christie, w których Herkules Poirot odnajdywał zabójców, analizując sposób licytacji – opowiadała Renata Dancewicz. – Poszłam z kolegą na kurs brydża sportowego i bardzo to polubiłam. Zresztą dzięki brydżowi poznałam też swojego partnera, ojca mojego dziecka.

W czasie przeróżnych opowieści okazało się, że niezapomniana Krysia z „Pułkownika Kwiatkowskiego” (pewnie wszyscy pamiętają wzruszonego do łez Marka Kondrata) kończyła ten sam ogólniak w Lubinie, co burmistrz Julian Kruszyński. Była więc także chwila wspomnień…

150 minut ciszy

Być może najważniejszym tegorocznym punktem namysłowskiej odsłony Festiwalu Aktorstwa Filmowego był pokaz filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, a po projekcji spotkanie z Michaliną Łabacz (odtwórczynią roli Zosi, głównej roli kobiecej) i Filipem Pławiakiem (krótka, ale wstrząsająca rola kapitana Zygmunta Krzemienieckiego). Przed projekcją minutą ciszy uczczono pamięć zmarłego niedawno Andrzeja Wajdy. A potem w wypełnionej do ostatniego miejsca sali zapadła cisza, która trwała 150 minut…

– To mój pierwszy film w karierze. Trafiłam na plan po castingu na pierwszym roku szkoły teatralnej. Dałam mojej filmowej bohaterce całą siebie. Moja przygoda z tym filmem trwała trzy lata, czyli prawie cały czas moich studiów. Nie mam jeszcze dystansu do tego obrazu. Przyznam jednak, że kiedy weszłam tutaj na salę tuż po zakończeniu projekcji, czułam w powietrzu ogrom emocji – powiedziała Michalina Łabacz po zakończeniu seansu w sali Namysłowskiego Ośrodka Kultury.

Filip Pławiak, o którym Jacek Bromski po realizacji filmu „Bilet na Księżyc” mówił, że to „diament wyłuskany z popiołu”, a po pokazach „Czerwonego Pająka” Stephen Dalton z „The Hollywood Reporter” napisał: „Pławiak ma predyspozycje, aby w przyszłości zostać europejską gwiazdą. Posiada te same ostre rysy, charakteryzujące niegdyś młodego Edwarda Nortona czy Ryana Goslinga”. Zagrał w „Wołyniu” niewielką rolę. Mówił jednak, że ogromnie się cieszy, że mógł pojawić się na planie tego filmu. – Bo to film ważny, wyjątkowy, potrzebny. Ogromnie się cieszę, że Wojciechowi Smarzowskiemu udało się go zrobić – mówił Filip Pławiak.

– Dla mnie to film szczególny – mówił mocno wzruszony po zakończeniu projekcji „Wołynia” burmistrz Julian Kruszyński. – Tragedia Wołynia to historia mojej rodziny od strony żony. Babcia z moim teściem jako dzieciątkiem uciekała, byli ostrzeżeni. Prababcia nie wierzyła, że sąsiedzi mogą zrobić krzywdę i… spalili ją związaną w łóżku z całym domem. Cieszę, że ten film został pokazany w Namysłowie, że przyjechali tu twórcy tego filmu. Wierzę, że zło z przeszłości czegoś dobrego nas nauczy.

Leniwy mistrz

Ostatnim akcentem tegorocznego filmowego święta była projekcja filmu Patryka Vegi „Pitbull. Nowe porządki”. Ale przed pokazem odbyło się jeszcze spotkanie z Bogusławem Lindą, które poprowadził Stanisław Dzierniejko, dyrektor wrocławskiego Festiwalu Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa.

Bogusław Linda opowiadał o pracy przy „Powidokach”, ostatnim filmie Wajdy. Oznajmił też, że mimo wszystko woli stać „po reżyserskiej stronie kamery”, bo jest leniwy i nie lubi grać. Dlaczego więc gra? – Pewnie ze względu na pieniądze – nieśmiało odpowiedział filmowy Jacek Soplica. Pytany o to, z którą z filmowych ról najbardziej się utożsamia, odpowiedział szybko i pewnie: – Z żadną. Nie czuję bliskości z żadnym bohaterem. Po prostu dostaję zadanie i ich gram. Taki zawód. Staram się go wykonywać najlepiej jak potrafię. I tylko tyle.

Natomiast ma Bogusław Linda film, w którym grało mu się najlepiej. Twierdzi, że to „Crimen” – serial, o którym pewnie wie niewielu. – Akcja rozgrywała się w XVII wieku. Grałem rycerza który jeździł konno. Kręciliśmy dużo scen w Bieszczadach. Zdjęcia trwały pół roku i ja nie chciałem stamtąd wracać – wspominał z rozrzewnieniem niezapomniany Franciszek „Franz” Maurer z „Psów” Pasikowskiego.

Tomasz Miarecki

Share