Sezon operowy otwarty!

Na otwarcie sezonu – dwie premiery. Pierwsza – Fidelio – jedyna opera Beethovena, w Polsce rzadko bardzo wystawiana. Tym bardziej więc szkoda, że wrocławski spektakl, przygotowany we współpracy z operą w Lublanie, teatralnie okazał się pretensjonalnym kiczem. Spędzone na operowej widowni dwie godziny kojarzyły mi się z jednym z najsłynniejszych memów – oto kot, który dramatycznie pyta: co ja pacze?! Ja zadawałam sobie to samo pytanie…

O co w Fideliu chodzi? Na to pytanie po obejrzeniu wersji zaproponowanej przez słoweńskiego reżysera Rocca bardzo trudno odpowiedzieć… Kto to Fidelio? Kogo kocha Marcelina? Co z Leonorą, której jest dwie? I dlaczego, na litość wszystkich Muz, więzienie pełne jest wywijających śmiesznie w czarnych baletowych paczkach i halkach panów, którzy w finale prezentują się w damskich sukniach?

Jedyne wyjście – zamknąć oczy. I wtedy Beethovenowskie arcydzieło – mimo pewnych premierowych niedoskonałości – może duszę uradować. Tylko warto jeszcze zatykać uszy, gdy daje się słyszeć straszliwie grafomański tekst (może wina tłumaczenia?) listu wielkiego Ludwika do „nieznanej ukochanej”, który pojawia się nie wiadomo po co… Oczywiście, do owego teatralnego kiczu dopisana jest reżyserska filozofia, owego kiczu godna.

Szczęśliwie Krakowiacy i górale Wojciecha Bogusławskiego i Jana Stefaniego – pierwsza opera narodowa, co podkreślał dzień premiery, czyli 11 listopada, również w filozofowanie popadając, efekty osiągnęła od Fidelia trochę lepsze. Nie ma w spektaklu ludowych strojów, nie ma krytych strzechą chat, Krakowiacy to biało-czerwone (wszak opera narodowa!) męskie ubrania i kobiece suknie czasu współczesnego, Górale – coś w rodzaju Kozaków… Bo to nie jest – w pomyśle reżyserki Barbary Wiśniewskiej – opowieść o narodowym pojednaniu, lecz o opresji, o losie kobiet, o stygmacie, jakim jest kobieca dojrzałość. I o przemocy, której wszystkie kobiety tego spektaklu doświadczają.

Pomysł dosyć karkołomny, momentami zrealizowany bardzo ryzykownie – scena w drugiej części, pełna panien młodych w wieku różnym, jest jednak (mimo odwołań do Fedry…) dosyć wątpliwa, ale imponuje to, iż na osadzony supermocno w tradycji operowy tekst realizatorzy spojrzeli tak nietypowo. Szkoda tylko, że trudno było zrozumieć, co postaci dramatu chcą powiedzieć. Może lepiej zamiast tekstu angielskiego puszczać w czasie Krakowiaków… nad sceną tekst polski?

W sumie spektakl odwołujący się – jak i Fidelio – do współczesności. Cóż, i więzienia polityczne (Fidelio) i narodowe awantury to rzeczy ponadczasowe. Czy operacje przenosin mają więc sens? Różnie bywa, jak się przekonaliśmy na ostatnich wrocławskich premierach, ale moda na owe przenosiny w teatralnym świecie trwa od lat. Czasem realizuje się fatalnie, że znowu przywołam wrocławskiego Fidelia, czasem – genialnie – tu przypomnieć trzeba Króla Rogera (też wrocławskiego) Karola Szymanowskiego w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Krakowiacy i górale Barbary Wiśniewskiej popadają momentami w zabawność (użyjmy tej delikatnej formy) chyba niezamierzoną, ale mogą być zapowiedzią dobrej przyszłości młodej reżyserki.

Krakowiacy... to także znakomita, rzucająca na kolana (niestety, nie własnego męża, bijącego brutala, jak się w tej wersji Krakowiaków… okazuje) Jadwiga Postrożna (Dorota), Karolina Filus – rolą Basi zapowiada swoją znakomitą sopranową przyszłość, przekonujący jako Stach Łukasz Rosiak i znakomicie śpiewający Łukasz Klimczak, którego Bardos jak nic mógłby wdziękiem walczyć z gwiazdami wielkich telewizyjnych show.

Anita Tyszkowska

 

Share