Zwiedzaliśmy przyrodnicze perły Afryki Wschodniej

Z Biurem Podróży „Horyzonty” wędrowaliśmy w październiku do najciekawszych – przede wszystkim przyrodniczo – miejsc w Ugandzie i Rwandzie, korzystając z fachowej opieki znanego polskiego ornitologa Przemysława Kunysza, ugandyjskiego przewodnika Deogratiusa Muhumozy i jego pomocnicy Chantal A RoveR, zwanej przez nas żartobliwie „księgową”.

Już po raz kolejny na peregrynację po Afryce wybraliśmy właśnie „Horyzonty” i jak zawsze nie zawiedliśmy się. A wszystko zaczęło się tak jak zawsze, czyli od Wrocławia. Później przejazd do Warszawy i lot z Okęcia do Entebbe, ugandyjskiego miasta położonego nieopodal Jeziora Wiktorii, będącego matecznikiem kilkudziesięciu trzewikodziobów. Już drugiego dnia naszej miniwyprawy, na Jeziorze Wiktorii nad zatoką Mabamba mogliśmy z wypiekami na twarzach obserwować z łodzi dwa wspaniałe ponadmetrowe ptaszyska żywiące się tym, co wpadnie im do przepastnych dziobów, a przede wszystkim archaicznymi dwudysznymi rybami, małymi krokodylami i pisklętami innych ptaków. Mieliśmy też szczęście, że blisko naszej łodzi jeden z trzewikodziobów zapolował. Schwytał rybę i sprawił się z nią błyskawicznie.

Wielki Murchison

Następnego dnia przejechaliśmy do Parku Narodowego Murchison Falls, jednego z największych w Ugandzie (około 3500 km kw.). Jest on siedmiokrotnie większy od Biebrzańskiego Parku Narodowego, największego polskiego parku! Park ten nosi nazwę upamiętniającą urodzonego w XIX w. Rodericka Murchisona, brytyjskiego geologa i stratygrafa, który odwiedził m.in. także Polskę, w tym Góry Świętokrzyskie i Tatry. W obrębie tegoż parku znajdują się wspaniałe wodospady na Nilu i olbrzymie tereny porośnięte sawanną. Wodospady mają również swoją ponurą historię, bowiem dotarliśmy do miejsca, gdzie przed laty był most, z którego siepacze ówczesnego władcy Ugandy Idi Amina strącili w kipiel około 20 tysięcy politycznych przeciwników.

Poranne zwiedzanie sawanny w Murchison Falls National Park to niezapomniane spotkania z żyrafami Rotschilda, bawołami, kobami ugandyjskimi, hienami, szakalami, słoniami i pawianami. Po południu popłynęliśmy wzdłuż brzegów Nilu w kierunku Wodospadu Murchisona na spotkanie z bielikami afrykańskimi, hipopotamami, żołnami czerwonogardłymi i przesiadującymi na skałach rzadkimi żwirowcami skalnymi.

Tajemnice Kibale

Wyprawa po pięciu dniach dotarła do lasów Kibale, w których spotkać można 13 gatunków małp i liczne gatunki leśnego ptactwa żyjącego sobie beztrosko – także na terenie mokradeł Bigodi. Bagna te zamieszkuje kilka gatunków małp – w tym świetnie pozujące do zdjęć gerezy rude – i ponad 200 gatunków ptaków, a wśród nich turaki olbrzymie, łysonie siwogłowe, wąsaliki, kraskówki modrogardłe, wąsale szkarłatne i wikłacze papirusowe. Ale nas intrygowało najbardziej spotkanie z szympansami, do których dotarliśmy w ochronie uzbrojonych w broń maszynową strażników. To była przyrodnicza randka bez trzymanki, ponieważ w pewnej chwili wielki samiec alfa trochę się wkurzył i zaatakował naszą grupę, dosłownie ocierając się jednemu z kolegów o nogę. Na szczęście był to tylko atak próbny pokazujący, kto tu naprawdę rządzi, ale i tak sytuacja nie należała do komfortowych. Do tego – jak to w lesie deszczowym bywa – złapała nas rzęsista ulewa i zmokliśmy do cna.

Kazinga pełen niespodzianek

Następnym celem wyprawy stał się Park Narodowy Queen Elizabeth – położony u stóp ośnieżonego masywu Rwenzori i sąsiadujący z jeziorami Edwarda i Georga – w drodze do którego przekroczyliśmy równik. W parku poranne safari i spotkania z przedstawicielami sawannowej przyrody Afryki Wschodniej, a po południu rejs po kanale Kazinga łączącym Ugandę z Demokratyczną Republiką Konga. Nad kanałem obserwowaliśmy pokojowe współżycie hipopotamów z bawołami, groźne afrykańskie krokodyle i mnóstwo ptactwa – m.in. zimorodków, pelikanów, kormoranów, gadożerów, gęsi abisyńskich oraz ibisów czczonych i etiopskich.

Bardzo interesujący był również przejazd do Ishasha, czarującej i odosobnionej części Afryki Wschodniej. Po drodze spotkaliśmy olbrzymie stado słoni, bawoły i obserwowaliśmy wspaniałe motyle. Za to nazajutrz, w czasie całodniowego safari, fotografowaliśmy kilka lwic, które po nocnych łowach wspięły się na drzewo figowe i oddawały się relaksującej drzemce.

Władcy górskiej dżungli

Następny dzień rozpoczął się dla nas tropieniem jednej z siedmiu rodzin goryli górskich żyjących w lasach Wirunga, na pograniczu Ugandy, Rwandy i Konga. Przedzieraliśmy się przez gęstą dżunglę, korzystając z pomocy uzbrojonych strażników, którzy poza pistoletami maszynowymi mieli także maczety. Ale wieczorem nikt już nie pamiętał wiadra wylanego potu. Zostały jedynie niezapomniane wspomnienia o stadzie goryli, któremu przewodził dumny, urodzony w roku 1977 okazały silwerback. Gdy w pewnej chwili pan i władca tego lasu ryknął i jednym ruchem wyrwał z ziemi trzymetrowe drzewko, to wtedy już wiedzieliśmy, kto tutaj naprawdę rozdaje karty. Na szczęście mądry samiec nie był agresywny, a warto podkreślić, iż obliczono, że taki gość może podnieść – bagatela! – 980 kg. Samice były łagodne, a jeden z małych gorylków popisywał się przed nami, jak jakiś celebryta z TV. Wszystkie goryle są roślinożerne, mają jedną grupę krwi B, a w stadach panuje patriarchat. Każdy z goryli ma swoje imię i każdy jest szczegółowo opisany. Nic w tym dziwnego, ponieważ władze ugandyjskie zdają sobie sprawę z tego, iż o taki skarb natury trzeba dbać. Tym bardziej, że skarb ten przynosi krajowi spore dochody.

Polskie ślady

Jadąc w kierunku Rwandy, odwiedziliśmy kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polskiej w Masindi, wybudowany przez polskich wygnańców, którzy dostali się tutaj w roku 1942, gdy po utworzeniu Armii Andersa ponad 120 tysięcy żołnierzy i ich rodzin opuściło Rosję. Cywile, w tym ponad 18 tysięcy dzieci, trafiło m.in. do Indii, Nowej Zelandii, Meksyku. oraz do Afryki Wschodniej. Część z Iranu trafiła właśnie do ugandyjskiej Masindi (przez znajdujące się tutaj osiedle dla uchodźców przewinęło się ponad 4 tysiące polskich sybiraków, w tym ogromna liczba polskich sierot). Obok kościoła jest mały cmentarz z 43 grobami, a przy krzyżu widnieje napis po polsku: „Módlmy się za Polaków zmarłych, 1939-1947”. Dzisiaj kościół służy lokalnej ludności zbierającej się w nim co niedzielę na modlitwy prowadzone przez miejscowego katechetę. Raz w miesiącu przyjeżdża ksiądz, aby odprawić mszę świętą.

Rwandyjskie góry

Rwanda przywitała nas stożkami wulkanicznymi górskiego pasma Wirunga. W tutejszych lasach przez kilkanaście lat pracowała amerykańska badaczka Dian Fossey, starając się ocalić populację goryli górskich przed wyginięciem. Była niełatwą w pożyciu kobietą, która nie uznawała kompromisów, miała trudne relacje nie tylko z miejscowymi władzami, ale i zwykłymi ludźmi. Z drugiej strony była człowiekiem odważnym i prawdziwie kochała te wspaniałe małpy. Za tę miłość zapłaciła najwyższą cenę. Została zamordowana. Do dziś nie wiadomo kto popełnił tę zbrodnię, a o jej życiu opowiada znany film „Goryle we mgle”. Część naszej grupy uczciła Dian Fossey i dotarła do miejsca, gdzie mieścił się jej obóz. Tam też, w górach, na wysokości ponad 3 tysięcy metrów, jest również jej grób. Została pochowana tuż obok założonego przez nią cmentarzyska goryli zabitych przez kłusowników.

Kiedy część z nas poszła śladami Dian Fossey, pozostali uczestnicy wyprawy zajęli się ornitologicznymi obserwacjami w Parku Narodowym Volcanos. A zamieszkują tam m.in. drozdoń okularowy, kurak tęczowy, krótkolotka białobrewa, złotynka czarnogardła i nektarnik królewski.

Końcówka naszej afrykańskiej eskapady to jezioro Kivu. Później dojechaliśmy do Kigali, stolicy Rwandy, gdzie mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby zwiedzić centrum pamięci poświęcone ludobójstwu. W 1994 roku wskutek konfliktu między plemionami Tutsi i Hutu w ciągu stu dni zginęło ponad milion ludzi. Wielką winą za tę zbrodnię obarczeni są biali i – niestety – organizacje międzynarodowe, w tym chociażby Rada Bezpieczeństwa ONZ.

• • •

To była wspaniała podróż – chociaż tylko po małej cząstce Afryki. Intrygujące spotkania ze zwierzętami. Ciekawe obserwacje botaniczne (storczyki). A także chwile zadumy nad polskimi grobami i nieszczęściem rwandyjskiego narodu. Za to wszystko „Horyzontom” i ich współwłaścicielowi Tomaszowi Liptakowi dziękujemy.

Tekst i zdjęcia:

Sławomir Grymin i Tomasz Miarecki

 

Share